IV Tydzień Wielkancny

IV Niedziela Wielkanocna - Rok C


obraz The Good Shepherd, ca. 1665 Bartolomé Estéban Murillo


Bartolomé Estéban Murillo, Dobry Pasterz, 1665

J 10,27-30: Jezus powiedział: Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy.

Ksiądz Mateusz był domatorem.
- Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma – powtarzał, kiedy któryś z zacnego grona kolegów – kapłanów namawiał go na urlopową eskapadę czy chociaż tylko krótkie odwiedziny o podłożu ciastczano - kawowym. Nawet wyprawa do pobliskie-go miasteczka była dla niego istną Drogą Krzyżową. Ale cóż: nie wszystko można załatwić, nie ruszając się z miejsca.
Zaraz po śniadaniu proboszcz wkroczył do garażu, po raz pierwszy tej wiosny zresztą. Drzwi starego fiata otworzyły się z rdzawym piskiem, a silnik zaskoczył dopiero wówczas, kiedy akumulator prawie nabawił się anemii. Powoli, w wątpliwym kadzidle błękitnych spalin wóz wytoczył się na plebańskie podwórze, a potem na wiejską drogę. Biegi wrzucało się siermiężnie. Hamulec dopiero za trzecim czy czwartym naciśnięciem pedału jako tako spowalniał maszynę. Ale i tak drogi księdzu Mateuszowi ubywało dość skoro. Zwłaszcza, że co chwilę wyprzedzał go jakiś wóz, którego kierowca z nieukrywaną wyższością litościwie kiwał głową nad proboszczowym zabytkiem.
- No, niechby tak który na procesji spróbował się rwać do przodu – pomyślał ksiądz Mateusz wjeżdżając w opłotki miasta.
Tłok na ulicy systematycznie gęstniał. A już w centrum ścisk aut był tak wielki, że proboszcz aż zaczął się zastana-wiać, jakim cudem ta masa żelastwa w miarę bezpiecznie i skutecznie posuwa się naprzód. Po kwadransie morderczej gimnastyki i zwycięskiej walki nad stetryczałymi mechanizmami fiata, ksiądz Mateusz dotarł wreszcie na rynek, przy którym mieścił się urząd. To tutaj proboszcz miał załatwić swoją sprawę.
- Ale gdzie postawić auto? – zastanawiał się, już po raz czwarty okrążając kwadratowy plac w poszukiwaniu miejsca na parking. Wszystkie były zajęte. Nagle zauważył, że na chodniku między dwiema wychodzącymi z rynku uliczkami stoi tylko jeden wóz. Podjechał. Fiat jakoś tam wytrzymał morderczą wspinaczkę na krawężnik. Udało się. Kiedy wysiadł i zaczął poprawiać podmiętą nieco sutannę, spostrzegł, że podejrzliwie spogląda w jego stronę stoją opodal policjant.
- Przepraszam pana – spytał ksiądz Mateusz – ja tak tylko dla pewności: czy tu aby wolno parkować?
- Nie – odparł stróż prawa, marsowo marszczą brwi.
- No a ten tu przede mną zaparkował.
- Tak, proszę księdza. Ale on nie pytał, czy wolno.
Zasypują dziś Jezusa pytaniami: co?, jak?, kiedy?, czy? i – chyba najczęściej – dlaczego? Bo tylko uczniowie nie pytali Zmartwychwstałego: kto Ty jesteś? Oni wiedzieli. W ciszy.



4. tydzień Okresu Wielkanocnego - poniedziałek

J 10,11-18: Jezus powiedział:
„Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, do którego owce nie należą, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza. Najemnik ucieka dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach.
Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz.
Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je potem znów odzyskać. Nikt mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca”.

Pielgrzymka do Ziemi Świętej. W autokarze przewodnik zwraca się do pątników.
- Za chwilę zatrzymamy się w jednej z typowych wiosek pasterskich. Proszę zwrócić uwagę na to, że pasterz idzie zawsze na czele stada, a owce podążają za nim. Zupełnie tak, jak mówił o sobie Jezus.
Dojeżdżają do wioski. Wysiadają z autokaru. I co widzą? Stado owiec energicznie popędzane przez człowieka, który kroczy za nim, a nie na czele. Przewodnik podchodzi doń z pretensjami.
- Popsułeś mi całą robotę. Właśnie przed chwilą mówiłem tym ludziom, że tutaj pasterz zawsze prowadzi stado, idąc na jego czele. A ty pędzisz te zwierzęta idąc za nimi.
- Ale je nie jestem pasterzem tylko rzeźnikiem i właśnie prowadzę to stado na ubój!
Jeśli cię ktoś popędza i pogania, to na pewno nie jest Chrystus. Jego miłość przynagla Cię, ale On sam jest zawsze przed tobą i wskazuje ci drogę.
Sam tez nikogo nie popędzaj. Idź pierwszy, pokazuj drogę, dawaj przykład. Jak pasterz. Nie bądź rzeźnikiem.


4. tydzień Okresu Wielkanocnego - wtorek

J 10,22-30: Obchodzono w Jerozolimie uroczystość Poświęcenia Świątyni. Było to w zimie. Jezus przechadzał się w świątyni, w portyku Salomona.
Otoczyli Go Żydzi i mówili do Niego: „Dokąd będziesz nas trzymał w niepewności? Jeśli Ty jesteś Mesjaszem, powiedz nam otwarcie”.
Rzekł do nich Jezus: „Powiedziałem wam, a nie wierzycie. Czyny, których dokonuję w imię mojego Ojca, świadczą o Mnie. Ale wy nie wierzycie, bo nie jesteście z moich owiec.
Moje owce słuchają mojego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki.
Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy”.

Morze wyrzuciło na brzeg zakorkowana butelkę z listem w środku. Po otwarciu okazało się, że nie jest to nic niezwykłego: żadna prośba o ratunek czy coś w tym stylu. Ot, zwinięta karteczka z zapewnieniem, że taki to a taki kocha dozgonnie i z całego serca taką to a taką. List opatrzony był datą: ktoś napisał go, włożył do butelki i wrzucił do morza sto pięćdziesiąt lat temu. Ciekawe było to, że butelka była tak szczelnie zamknięta, iż list przetrwał w stanie nienaruszonym, w dodatku wyschnięty na pieprz półtorawieczne dryfowanie.
Żydzi pytają Jezusa: dokąd będziesz nas trzymał w niepewności? Czy mamy Ci wierzyć. Iluż ludzi i dziś całymi latami trwa w zanurzeniu w Jezusie: modli się, chodzi do kościoła, łamie opłatkiem w wigilię i święci wielkanocny koszyczek, a mimo to, jak butelka z listem w środku, dobrze zakorkowana i szczelna, wykazuje całkowitą odporność na Jego słowo, Jego cud, Jego miłość… Może sprzyja temu fakt, iż w wszystko w Kościele zmieniło się w symbol: chrzest nie jest już zanurzeniem, ale polaniem głowy odrobiną wody, Komunia, to maleńki opłatek, a pokuta zadana w konfesjonale nie kosztuje nawet połowy tego trudu, co ugotowanie obiadu.
Niech twój Anioł Stróż zedrze z ciebie nieprzemakalny płaszcz obojętności. Niech pozwoli ci „zmoknąć” Chrystusem, przeniknąć Mu do twego wnętrza, przyjąć Go całym sercem.


4. tydzień Okresu Wielkanocnego - środa

J 12,44-50: Jezus tak wołał:
„Ten, kto we Mnie wierzy, wierzy nie we Mnie, lecz w Tego, który Mnie posłał. A kto Mnie widzi, widzi Tego, który Mnie posłał.
Ja przyszedłem na świat jako światło, aby każdy, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności. A jeżeli ktoś posłyszy słowa moje, ale ich nie zachowa, to Ja go nie sądzę. Nie przyszedłem bowiem po to, aby świat sądzić, ale by świat zbawić.
Kto gardzi Mną i nie przyjmuje słów moich, ten ma swego sędziego: słowo, które powiedziałem, ono to będzie go sądzić w dniu ostatecznym. Nie mówiłem bowiem sam od siebie, ale Ten, który Mnie posłał, Ojciec, On Mi nakazał, co mam powiedzieć i oznajmić. A wiem, że przykazanie Jego jest życiem wiecznym. To, co mówię, mówię tak, jak Mi Ojciec powiedział”.

Podczas krótkiego spaceru w posiadłości swojej pewien cesarz poranił swoje stopy.
- Rozkazuję, aby od dziś wszystkie drogi mojego królestwa zasłano miękką, wołową skórą - zadecydował po powrocie do pałacu.
- Panie, a na cóż ten wielki wydatek? - wyśmiał go nadworny trefniś. - O wiele mniej pieniędzy i zachodu będzie cię to kosztować, jeżeli rozkażesz, by twoje stopy owinięto miękką wołową skórą.
Tak podobno zrodził się pomysł noszenia butów.
Kiwając głową wciąż powtarzasz: świat potrzebuje Jezusa! Światu potrzebna jest jego światłość! Bez niej świat nie będzie lepszy! To tak, jakbyś chciał obuć drogi. A nie prościej samemu przyjąć Jezusa, zapłonąć jego światłem? Świat się nie poprawi, jeśli ty nie będziesz lepszy.
Niech Anioł z nieba obuje twoje stopy swym blaskiem i uczyni twoje nogi pięknymi, abyś bez zmęczenia i zniechęcenia wnosił Światłość Świata, gdziekolwiek się znajdziesz.


4. tydzień Okresu Wielkanocnego - czwartek

J 13,16-20: Kiedy Jezus umył uczniom nogi, powiedział im:
„Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Sługa nie jest większy od swego pana ani wysłannik od tego, który go posłał. Wiedząc to będziecie błogosławieni, gdy według tego będziecie postępować.
Nie mówię o was wszystkich. Ja wiem, których wybrałem; lecz potrzeba, aby się wypełniło Pismo: «Kto ze Mną spożywa chleb, ten podniósł na Mnie swoją piętę». Już teraz, zanim się to stanie, mówię wam, abyście, gdy się stanie, uwierzyli, że Ja jestem.
Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto przyjmuje tego, którego Ja poślę, Mnie przyjmuje. A kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał”.

Podrożał chleb. A wszystko to przez wróble. Tak. Bo ktoś zauważył, że wróble wyjadają ziarno z kłosów. Więc w ramach kampanii uświadamiającej pouczono rolników, jak wytępić ptaki, a ci z zapałem zapewniającym skuteczność wzięli się do pracy. Tyle, że bez wróbli niemiłosiernie rozmnożyły się owady pasożytniczo niszczące uprawy. Żeby z kolei ich się pozbyć, trzeba było zainwestować ogromne pieniądze w opryski pól. To znacznie podniosło koszt uprawy zboża i w konsekwencji spowodowało wzrost cen chleba. Nie mówiąc już o tym, ile będzie kosztować leczenie nowotworów, wywołanych spożywaniem żywności sporządzonej z traktowanymi chemikaliami upraw. Gdyby zostawiono wróble w spokoju, chleb byłby tańszy i zdrowszy.
Kto przyjmuje Chrystusowego posłańca, ten przyjmuje Chrystusa. Ludzie tymczasem odrzucają swoich sprzymierzeńców - najpierw w trosce o chleb doczesny, a później nawet tych, którzy prowadzą ich do stołu zastawionego chlebem wiecznego życia.
Niech anioł dobrego spojrzenia pobłogosławi twoje oczy, byś umiał rozpoznać i przyjąć Bożego posłańca - twojego sprzymierzeńca w drodze do Pana.

4. tydzień Okresu Wielkanocnego - piątek

J 14,1-6: Jezus powiedział do swoich uczniów:
„Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę”.
Odezwał się do Niego Tomasz: „Panie, nie wiemy dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę ?”
Odpowiedział mu Jezus: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”.

Na parterze tej samej kamienicy aż trzech kupców otworzyło sklepy. Problem tym, że wszyscy trzej handlowali tym samym: butami. Co zrobić, by przyciągnąć klientów? Właściciel sklepiku po prawej - patrząc na kamienicę od frontu - umieścił nad wejściem szyld „NAJTAŃSZE OBUWIE”. Sąsiad po przeciwnej stronie już nazajutrz wieszał napis: „NAJMODNIEJSZE OBUWIE”. A ten w środku? Cóż, trzeciego dnia wywiesił skromną tabliczkę: „WEJŚCIE GŁÓWNE”.
Napisy, znaki, mapy, szyldy, kolorowe reklamy, urządzenia elektroniczne - wszystko to pokazuje nam drogę, albo pomaga ją odnaleźć. W tym gąszczu dawnych i współczesnych udogodnień nie wolno nam zapomnieć o Chrystusie, który mówi JA jestem DROGĄ. Chrystus jest drogą człowieka, a człowiek jest drogą Kościoła. Człowiek jest najważniejszy i nie zastąpią go żadne urządzenia i wymysły techniki. Nie da się dojść do Chrystusa inaczej, niż przez człowieka. Nie da się dojść do Boga bez Chrystusa.
Niech Archanioł Rafał błogosławi cię i ochrania na wszystkich drogach twojego życia i w ich gąszczu pomoże ci odnaleźć tę jedyną, prawdziwą Drogę - Zmartwychwstałego Pana.


4. tydzień Okresu Wielkanocnego - sobota

J 14,1-6: Jezus powiedział do swoich uczniów:
„Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście”.
Rzekł do Niego Filip: „Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wy starczy”.
Odpowiedział mu Jezus: „Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: «Pokaż nam Ojca?» Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie, wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła.
Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić Mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię”.

- Czego potrzebuje dobre rządzenie? - spytał władca pewnego mędrca.
- Trzech rzeczy: broni, jedzenia i zaufania.
- A gdybym tych trzech nie mógł zapewnić, to z której można zrezygnować?
- Z broni.
- A gdyby i dwie było za wiele?
- To z jedzenia.
- Jak to? - zdziwił się władca. - Bez jedzenia podwładni umrą!
- Śmierć wcześniej lub później i tak jest udziałem całego stworzenia. Bez chleba, choćby przez krótki czas, jednak można rządzić i być posłusznym. Ale kiedy umiera zaufanie, i władca, i lud jemu powierzony - giną marnie.
Jezus mówi: wierzcie Mi. Bez zaufania mu twoja modlitwa nie ma sensu, ani twój chrzest, ani spowiedź, ani komunia, ani... nic nie ma sensu. Nawet gdybyś był uzbrojony po zęby i syty.
Niech błogosławi cię anioł pokory, niech wciąż szepcze ci do ucha, że owszem, dasz sobie radę i zrobisz wiele, ale nie sam, tylko z Jezusem.


III tydzień Wielkanocny


III Niedziela Wielkanocna

Plik:Konrad Witz 008.jpg

Konrad Witz, Cudowny połów, 1444

J 21,1-19: Jezus ukazał się znowu nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: Idę łowić ryby. Odpowiedzieli mu: Idziemy i my z tobą. Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili. A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do nich: Dzieci, czy nie macie nic do jedzenia? Odpowiedzieli Mu: Nie. On rzekł do nich: Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: To jest Pan! Szymon Piotr usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę - był bowiem prawie nagi - i rzucił się w morze. Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko - tylko około dwustu łokci. A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili. Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości, sieć się nie rozerwała. Rzekł do nich Jezus: Chodźcie, posilcie się! Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: Kto Ty jesteś? bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im - podobnie i rybę. To już trzeci raz, jak Jezus ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał. A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś baranki moje. I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie? Odparł Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś owce moje. Powiedział mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Czy kochasz Mnie? I rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego Jezus: Paś owce moje. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz. To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to rzekł do niego: Pójdź za Mną!


Tydzień po Wielkanocy ksiądz Mateusz wylądował w szpitalu. Czuł zawroty głowy już na jednej i drugiej Mszy świętej przed południem w dusznym i zatłoczonym kościele.
- Zdrzemnę się trochę po obiedzie, to mi przejdzie - uspokajał samego siebie.
Ale popołudniowa drzemka nic nie dała. Już na nieszporach proboszcz spocił się jak mysz. Przy wieczornej Mszy świętej drżały mu ręce. Kiedy po nabożeństwie schodził ze stopni prezbiterium przed oczami zobaczył czarne i granatowe plamki. W zakrystii, nie zdjąwszy nawet ornatu, opadł na krzesło. Świadomość wróciła mu dopiero w karetce pogotowia.
- Za chwilę będziemy w szpitalu, niech się ksiądz leży spokojnie - oznajmił mu ciepły głos dyżurnego lekarza. Karetką rzucało trochę na nierównej ulicy. Ale faktycznie niebawem wóz zatrzymał się z piskiem opon. Dwaj rośli sanitariusze porwali nosze i umieścili wystraszonego proboszcza w izbie przyjęć.
- Co..., co mi właściwie jest? - spytał słabym głosem lekarza podczas wieczornego obchodu. Do tego bowiem czasu, po pospiesznych badaniach, znalazł się już w szpitalnym łóżku.
- Cóż - rosły mężczyzna w białym kitlu podrapał się za uchem, - to nic poważnego, można to nazwać stanem przedzawałowym. Musi ksiądz trochę poleżeć, odpocząć. Jutro weźmiemy się za solidne badania, a póki co proszę spróbować zasnąć, kiedy tylko pielęgniarka zrobi księdzu zastrzyk.
Nazajutrz ksiądz Mateusz obudził się z przekonaniem, że zaspał. Za oknem było już całkiem widno.
- Nie usłyszałem dzwonów - pomyślał, nim dotarło do niego że od wczoraj znajduje się w szpitalu. Po śniadaniu i kolejnym obchodzie poddano proboszcza całej serii specjalistycznych badań, które ksiądz Mateusz znosił ze stoickim spokojem. Po obiedzie udało mu się nawet trochę zdrzemnąć. A kiedy otworzył oczy, zobaczył twarz nachylającego się nad wezgłowiem wójta.
- Jużem myślał, że z księdzem całkiem źle - uśmiechnął się mężczyzna. - Ale jak widzę nie jest najgorzej.
- Dziękuję, panie wójcie - blade wargi proboszcza rozchyliły się w anemicznym uśmiechu. - Cieszę się, że pana widzę.
- O, ja tu jestem oficjalnie, proszę księdza proboszcza, nie we własnym, ale w całej społeczności imieniu. Dziś rano obradował zarząd gminny, który przez moją skromną osobę przesyła księdzu proboszczowi najserdeczniejsze życzenia rychłego powrotu do zdrowia. Zarząd uchwalił te życzenia ośmioma głosami za, przy trzech przeciwnych i jednym wstrzymującym się!

Szukasz argumentów, by żyć wiarą. Przy okazji zawsze znajdziesz jakieś „tak, ale...”. Wiara nie podlega głosowaniu. Dlatego Chrystus stawia proste pytanie: „Czy miłujesz mnie?”


3. tydzień Okresu Wielkanocnego - poniedziałek

J 6,22-29: Nazajutrz po rozmnożeniu chlebów lud, stojąc po drugiej stronie jeziora, spostrzegł, że poza jedną łodzią nie było tam żadnej innej oraz że Jezus nie wsiadł do łodzi razem ze swymi uczniami, lecz że Jego uczniowie odpłynęli sami. Tymczasem w pobliże tego miejsca, gdzie spożyto chleb po modlitwie dziękczynnej Pana, przypłynęły od Tyberiady inne łodzie.
A kiedy ludzie z tłumu zauważyli, że nie ma tam Jezusa, a także Jego uczniów, wsiedli do łodzi, przybyli do Kafarnaum i tam szukali Jezusa. Gdy Go zaś odnaleźli na przeciwległym brzegu, rzekli do Niego: „Rabbi, kiedy tu przybyłeś?”
W odpowiedzi rzekł im Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, żeście widzieli znaki, ale dlatego, żeście jedli chleb do sytości. Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec”.
Oni zaś rzekli do Niego: „Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże?”
Jezus odpowiadając, rzekł do nich: „Na tym polega dzieło zamierzone przez Boga, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał”.

Sposób na upolowanie małpy: w dziupli z wąskim otworem umieść świeżego banana, albo inny smakowity kąsek. Małpa widząc to przybiegnie tutaj, skoro tylko się nieco oddalisz. Z trudem wsadzi rękę do dziupli i chwyci owoc. Lecz trzymając go, nie będzie w stanie wyjąć łapy z dziupli. Znieruchomieje, bo żal jej będzie pożegnać się ze smakowitym kąskiem. Wówczas łatwo ją podejdziesz i schwytasz.
Jezus łapie ludzi na rozmnożony chleb. Jednak nie dla przyjemności, zysku lub zabawy, ale dla ich dobra. I to wiecznego.
Coś się nie udaje, idzie nie tak. Idź do Komunii. Pozwól, by Jezus złapał cię na Chleb – złapał i już nigdy nie wypuścił.


3. tydzień Okresu Wielkanocnego - wtorek

J 6,30-35: W Kafarnaum lud powiedział do Jezusa:
„Jakiego dokonasz znaku, abyśmy go widzieli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz? Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni, jak napisano: «Dał im do jedzenia chleb z nieba»”.
Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu”.
Rzekli więc do Niego: „Panie, dawaj nam zawsze tego chleba”.
Odpowiedział im Jezus: „Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie”.

Jak zbudować most nad przepaścią? Przy pomocy latawca. Przywiązuje się doń lichy sznurek, który w ten sposób przerzuca się na przeciwległy skraj przepaści. Potem do sznurka przewiązuje się powróz, do powroza drut, wreszcie stalową linę, na której zawiśnie cała konstrukcja z jezdnią, ścieżką dla pieszych i barierkami. A kiedy przez most ruszą pojazdy i ludzie, o latawcu, od którego wszystko się zaczęło, nikt już nie będzie pamiętał.
Jezus zaczyna od lichych kawałków chleba, którymi karmi tłumy, by wreszcie dać im prawdziwy pokarm z nieba. To, co wielkie, zaczyna się od tego co małe, liche, niepozorne, niczym lawina – od małego kamienia lub burza – od pierwszej kropli.
Chcesz zrobić coś wielkiego? Zacznij od czegoś małego. Dam ci przykład: chciałbyś uczynić świat lepszym? O.K. W takim razie zacznij od jednego człowieka – od siebie.


3. tydzień Okresu Wielkanocnego - środa

J 6,35-40: Jezus powiedział do ludu:
„Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. Powiedziałem wam jednak: Widzieliście Mnie, a przecież nie wierzycie. Wszystko, co Mi daje Ojciec, do Mnie przyjdzie, a tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę, ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby czynić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał.
Jest wolą Tego, który Mię posłał, abym ze wszystkiego, co Mi dał, niczego nie stracił, ale żebym to wskrzesił w dniu ostatecznym. To bowiem jest wolą Ojca mego, aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne. A Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym?”.

Gospodyni dziwiła się, że w najciemniejszym kącie piwnicy wyrosły i zakwitły przechowywane tutaj ziemniaki. Dopiero po chwili uważnej obserwacji znalazła przyczynę tego niezwykłego zjawiska. Na środku stropu piwnicy, na zardzewiałym haku wisiał stary miedziany sagan. Nikłe promienie słońca, wpadające przez okienko w drugim końcu piwnicy, dotarłszy od niego, przez kilka godzin dziennie oświetlały ciemny zakątek z ziemniakami. To wystarczyło, by wyrosły i zakwitły.
Jezus odbija chwałę Ojca, pozwalając nam Go poznać i napełnić się jej blaskiem, a tym samym wydać zakwitnąć i zaowocować. Nie, żebym przyrównywał Jezusa do miedzianego sagana, ale trochę tak to działa.
Otrząśnij się z ciemności. Poszukaj Blasku. Idź za Światłem. Nie zatrzymuj go dla siebie, ale pozwól, by odbiwszy się w twoich słowach i uczynkach, dotarło Ono do innych i przyczyniło się do ich wzrostu.

3. tydzień Okresu Wielkanocnego - czwartek

J 6,44-51: Jezus powiedział do ludu:
„Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał; Ja zaś wskrzeszę go w dniu ostatecznym. Napisane jest u Proroków: «Oni wszyscy będą uczniami Boga».
Każdy, kto od Ojca usłyszał i nauczył się, przyjdzie do Mnie. Nie znaczy to, aby ktokolwiek widział Ojca; jedynie Ten, który jest od Boga, widział Ojca. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne.
Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi spożywali mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata”.

Sąsiad spotyka sąsiada, ciągnącego solidny łańcuch.
- Witajcie, panie sąsiedzie.
- Ano, witajcie.
- Dlaczegóż to tak, panie sąsiedzie, ten łańcuch ciągniecie?
- A co, mam go pchać?
Nikt nie może przyjść do Mnie – mówi Jezus – jeśli go nie pociągnie Ojciec. Najciekawsze jest to „pociągnie”, wskazuje ono bowiem na to, jak bardzo Bóg szanuje człowieka, jego wolność i wolę, skoro nie działa na siłę, nie popycha, tylko pociąga.
Też pociągaj innych. Pamiętaj – pociągać, to znaczy iść przodem, dawać przykład. W odróżnieniu od „pchać”, które oznacza nakładanie ciężarów, co to się ich samemu nie dźwiga.


3. tydzień Okresu Wielkanocnego - piątek

J 6,52-59: Żydzi sprzeczali się między sobą mówiąc: „Jak On może nam dać swoje ciało na pożywienie?”
Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje ciało i pije moją krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym.
Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje ciało i pije krew moją, trwa we Mnie, a Ja w nim.
Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił. Nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki”.
To powiedział ucząc w synagodze w Kafarnaum.

Powszechnie się dziwiono, mówiąc:
- Zobaczcie, takie stare drzewo prze drodze, powyginane i nieładne, liści na nim niewiele, gałązki koślawe i naciągnięte ku ziemi, w owoców wciąć takie mnóstwo…
Wyciągali ręce i rwali owoce, a drzewo wciąż rodziło nowe. Aż skrawek ziemi przy drodze kupił pewien człowiek. Wzniósł ogrodzenie i zabronił ludziom zrywać owoców ze starego drzewa.
- Moje i basta. Nie dla was – zapowiedział. Sam zresztą tych owoców też nie zrywał.
A drzewo? Smutno to napisać, ale wkrótce uschło sromotnie. To właśnie zrywanie owoców i rodzenie nowych sprawiało, że wciąż rześko krążyły w nim życiodajne soki.
Jezus na to przyszedł na świat, aby dać siebie. Przestać karmić się Nim, oznacza tyle samo, co powtórnie przybić Go do krzyża.
Wyciągnij rękę, zaczerpnij Jezusa. Trwajcie w sobie nawzajem. Jeśli będziesz chodził do piekarni tylko po to, by oglądać wystawę, wkrótce obaj – zarówno ty, jak i piekarz – wkrótce umrzecie z głodu. Ze Mszą świętą bez Komunii – aż strach pomyśleć – może być podobnie.


3. tydzień Okresu Wielkanocnego - sobota

J 6,55.60-69: W synagodze w Kafarnaum Jezus powiedział: „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojeni”.
Wielu spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli mówiło: „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?”
Jezus jednak świadom tego, że uczniowie Jego na to szemrali, rzekł do nich: „To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem? Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i życiem. Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą”.
Jezus bowiem od początku wiedział, którzy to są, co nie wierzą, i kto miał Go wydać. Rzekł więc: „Oto dlaczego wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli mu to nie zostało dane przez Ojca”. Odtąd wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: „Czyż i wy chcecie odejść?”
Odpowiedział Mu Szymon Piotr: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga”.

- Życie jest jak motyl.
- To może twoje, takie kolorowe i beztroskie. Ja o swoim życiu tego nie mogę powiedzieć.
- Mylisz się. Życie jest jak motyl, ale pod innym względem.
- Pod jakim?
- Próbujesz schwytać motyla, biegniesz za nim, klaszcze pułapką dłoni, A on ci się wymyka. Ale czasem wystarczy, byś przystanął, albo usiadł, a on, nieproszony, zatacza koło i spoczywa na twojej głowie lub ramieniu. Teraz już rozumiesz, co miałem na myśli, mówiąc, że życie jest jak motyl?
Ciągle biegniesz, próbujesz uchwycić prawdę, piękno, sens, nie wiadomo, co jeszcze. Posłuchaj wyznania Piotr: Panie, do kogóż pójdziemy, Ty masz słowa życia wiecznego.
Zatrzymaj się, usiądź w pobliżu Chrystusa, a On sam napełni twoje serce.

II Tydzień Wielkanocny

II Niedziela Wielkanocna - Rok C

Caravaggio, Niedowiarstwo świętego Tomasza, 1602-03

J 20,19-31: Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś Tomaszu, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego.

- Czy to już wszystko? - spytał król jegomość. Uniósł przy tym brwi, co zawsze czynił mimochodem, tak samo, jak jego ojciec nieboszczyk. Ministrowie siedzący przy stole odłożyli na bok sztućce. Pytanie było bowiem sygnałem do zakończenia śniadania, podczas którego najważniejsze persony w państwie składały królowi raport o stanie jego włodarstwa.
- Jeszcze jedna rzecz, mości królu - głos zabrał milczący dotąd kanclerz. - Rzecz wielce smutna, dlategom ją do tej chwili trzymał, by apetytu ani humoru waszmościom nie popsuć.
- Cóż to takiego? Mów waść czym prędzej - ponaglił go król. - Czas bowiem ruszać do swoich obowiązków.
- Obawiam się, wasza wysokość, że nic się tu zrobić nie da, chyba jeno w dzwony bić, a wór pokutny przywdziać. Oto bowiem królewska kancelaria otrzymała wreszcie i zrachowała spis ludności z całego królestwa.
- I cóż w tym tak niepokojącego? - król znów uniósł brwi.
- Ano to, iż jak wynika z tej arytmetyki, w całym królestwie, ilekroć niewiasta powija dzieciątko, w tej samej chwili jeden obywatel musi wyzionąć ducha.
Szepty i pomruki wypełniły salę.
- To tak, jakby śmierć brała odwet za urodziny! - wykrzyknął w końcu hetman wielki.
- Ostudź swój gniew, panie hetmanie - rzekł mu król na to. - Człowiek jeno z człowiekiem wojować zdoła, lecz nie ze śmiercią. Tę można tylko próbować udobruchać. Nie czekajmyż więc. Niech opuszczą flagi i chorągwie do połowy masztów. Niech naród usiądzie w popiele i w poście. Niech nie grają bębny ani trąbki, koniec wszelkim hulankom i swawolom...
Władca zrobił pauzę, by zaczerpnąć tchu i zastanowić się w jaki jeszcze sposób można śmierć ułaskawić.
- Zaraz, zaraz! - chwilę ciszy przerwał milczący dotąd królewski błazen. Jego zadaniem było rozweselanie króla, wszyscy więc myśleli, że trefniś wyprawiać będzie jakieś krotochwile.
- Ucisz się, błaźnie, nie czas na żarty - warknął kanclerz.
- Niech mówi - przyzwolił jednak król. - Może swym z natury pogodniejszym na świat wejrzeniem coś poradzi.
- Tak właśnie chciałem uczynić - trefniś pokłonił się głęboko. - Bo zda mi się, że pan kanclerz rzecz całą na opak przedstawił. Raczej trzeba by rzec: ilekroć ktoś umiera, w zamian niejako nowe dziecię się rodzi. Czyż to nie powód do radości?
Błazen miał rację. Wkrótce też z powodu tak radosnej statystyki święto wielkie w królestwie ogłoszono, radość nakazując.

„Jezus umarł” - to pół prawdy. „Jezus zmartwychwstał” - to cała prawda. Podobnie: „Zgrzeszyłem” - to też połowa prawdy. Cała prawda zawsze dodaje: „Ale Miłosierny Bóg przebaczył”.


2. tydzień Okresu Wielkanocnego - poniedziałek 

J 3,1-8: Był wśród faryzeuszów pewien człowiek, imieniem Nikodem, dostojnik żydowski. Ten przyszedł do Jezusa nocą i powiedział Mu: „Rabbi, wiemy, że od Boga przyszedłeś jako nauczyciel. Nikt bowiem nie mógłby czynić takich znaków, jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z nim”. W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego”. Nikodem powiedział do Niego: „Jakżeż może się człowiek narodzić będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?” Jezus odpowiedział: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha”. 

Ponoć zdarzyło się to kilka wieków temu na papieskim dworze. Król Hiszpański wysłał tutaj jako swego reprezentanta młodziutkiego, acz rezolutnego szlachcica. Papież widząc go, miał zapytać: - Czyliż król hiszpański nie ma na swej służbie dość poważnych ludzi, skoro w poselstwie młodzika przysyła, któremu jeszcze nawet broda nie urosła? Na co ów młodzieniec miał odpowiedzieć: - Zapewniam Waszą Świątobliwość, iż gdyby mój pan wiedział, że o brodę Wam jeno idzie, kozła by przysłał w legaty, nie mnie. 
To nie wygląd, ubiór, inteligencja lub sposób bycia decydują, czy ktoś jest człowiekiem Bożym, ale jego narodzenie z Ducha. On jest jak wiatr, który nie wiadomo skąd pochodzi i dokąd zmierza. Skończyć studia, zrobić karierę, zdobyć majątek – daleko mniej znaczy, niż narodzić się z Ducha. Nie osądzaj bliźnich po tym, jak wyglądają. Zamiast osądzać, spróbuj doszukać się w nich Ducha Bożego. 


2. tydzień Okresu Wielkanocnego - wtorek 

J 3,7-15: Jezus powiedział do Nikodema: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha”. W odpowiedzi rzekł do Niego Nikodem: „Jakżeż to się może stać?” Odpowiadając na to rzekł mu Jezus: „Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, że to mówimy, co wiemy, i o tym świadczymy, cośmy widzieli, a świadectwa naszego nie przyjmujecie. Jeżeli wam mówię o tym, co jest ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich? I nikt nie wstąpił do nieba oprócz Tego, który z nieba zstąpił - Syna Człowieczego. A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne”. 

Słynny z ekscentryzmu grecki filozof Diogenes – ten co mieszkał w beczce – postawił na rynku w Atenach stragan z szyldem: „Tu kupisz mądrość”. Jeden ze znamienitych ateńczyków widząc to, dał swemu słudze drobną monetę srebrną z rozkazem: - Idź do tego błazna i spytaj, jakąż mądrość można kupić za tak lichy grosz. Sługa wrócił po chwili, oznajmiając: - Za tę srebrną monetę takie odstąpił słowo: przy każdej swej czynności pamiętaj o końcu. Ateńczyk nie pożałował srebrnego pieniążka, a otrzymaną zań mądrość kazał wyryć wielkimi literami nad wejściem do swego domu, aby każdemu wchodzącemu przypominała o celu życia. 
Nadstaw drugi policzek, daj i płaszcz temu, kto żąda od ciebie szaty, miłuj nieprzyjaciele – tak trudno przyjąć naukę Jezusa w sprawach ziemskich, a cóż dopiero powiedzieć o Jego nauce w sprawach niebieskich? Czy one w ogóle Cię obchodzą? Czy myślisz choćby odrobinę o tym, co będzie potem, na starość, po śmierci? Cokolwiek czynisz – pomyśl – co o tym sądzą w niebie? Co o tym powie Ci kiedyś Jezus. Pomyśl o końcu. 


2. tydzień Okresu Wielkanocnego - środa 

J 3,16-21: Jezus powiedział do Nikodema: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu”. 

Nauczyciel bierze śnieżnobiałą, dużą kartkę. Dokładnie na środku rysuje flamastrem niedużą czarną kropkę. Unosi kartkę i pyta uczniów: - Co widzicie? - Czar-ną krop-kę – chórem skandują dzieci. - I nic więcej? Uczniowie milczą, Najwyraźniej nie rozumieją pytania. - Dlaczego nikt z was nie widzi dużej, białej kartki? Dlaczego wszyscy widzą tylko małą czarną kropkę
Światło przyszło na świat. Lecz ludzie umiłowali bardziej ciemność. Ilekroć niebo zaciągnie się chmurami, mówisz: ale ciemno. Nigdy nie mówisz: ale dziś jasno. Zło nie jest mocniejsze od dobra, ale wyraźniejsze, bardziej krzykliwe, przereklamowane. Zrób eksperyment. Wieczorem wejdź do ciemnego pokoju. Posiedź w nim na chwilę. A potem włącz tylko jedną mała żarówkę, albo zapal świecę. Zobacz, z jaką łatwością niewielkie światełko rozprawia się z ciemnością. Dobro ma sens. 


2. tydzień Okresu Wielkanocnego - czwartek 

J 3,31-36: Jezus powiedział do Nikodema: „Kto przychodzi z wysoka, panuje nad wszystkimi, a kto z ziemi pochodzi, należy do ziemi i po ziemsku przemawia. Kto z nieba pochodzi, Ten jest ponad wszystkim. Świadczy On o tym, co widział i słyszał, a świadectwa Jego nikt nie przyjmuje. Kto przyjął Jego świadectwo, wyraźnie potwierdził, że Bóg jest prawdomówny. Ten bowiem, kogo Bóg posłał, mówi słowa Boże: a z niezmierzonej obfitości udziela mu Ducha. Ojciec miłuje Syna i wszystko oddał w Jego ręce. Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne; kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz grozi mu gniew Boży”. 

 Lekcja matematyki. Nauczyciel każe przygotować kartki i długopisy. - Napiszemy klasówkę – mówi. Uczniowie drżą. Nerwowo kartkują podręczniki. Próbują zapisać jakieś wzory na blacie ławki, mankiecie, nawet na dłoni. - To będzie podwójny sprawdzian – ciągnie dalej nauczyciel. – Z logarytmów i z uczciwości. Osobiście uważam, że bez porównania bardziej godnym szacunku jest człowiek uczciwy, który nie zna się na logarytmach, niż nieuczciwy matematyk. Więc już wiecie – wyniki którego sprawdzianu są ważniejsze. 
Jezus przychodzi z wysoka i świadczy o tym, co w górze, o Bogu samym. A ty? Czy tylko doraźne, ziemskie korzyści rachujesz? Staraj się wypaść dobrze, ale nie tylko przed ludźmi, za wszelką cenę. Czy naprawdę cieszyłby cię Nobel zdobyty jakimś draństwem? 


2. tydzień Okresu Wielkanocnego - piątek 

J 6,1-15: Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił na tych, którzy chorowali. Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha. Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, rzekł do Filipa: „Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili?” A mówił to wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co miał czynić. Odpowiedział Mu Filip: „Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać”. Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: „Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?” Jezus zatem rzekł: „Każcie ludziom usiąść”. A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy. Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił i z rybami rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: „Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło”. Zebrali więc i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, które zostały po spożywających, napełnili dwanaście koszów. A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: „Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat”. Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę. 

- Tatusiu, pobaw się ze mną. - Teraz nie mogę. - A dlaczego? - Bo pracuję. - A po co? - Żeby zarobić pieniążki. - Na co ci pieniążki? - Żeby ci kupić coś do jedzenia, kochanie. - Ale ja nie jestem głodny, tylko chcę, żebyś się ze mną pobawił. 
Jezus wie lepiej, czego ludziom potrzeba, niż oni sami. Kiedą są głodni, staje się chlebem, kiedy samotni – obecnością, kiedy smutni – uśmiechem. A ty myślisz, że wszystko załatwią pieniądze. Dawaj – ale spróbuj bez pieniędzy. Daj trochę czasu, dobrego słowa. nadstaw ucha, popłacz sobie z kimś, albo się pośmiej. Zanim zareagujesz, postaraj się obadać, co twojemu bliźniemu jest najbardziej potrzebne. 


2. tydzień Okresu Wielkanocnego - sobota 

J 6,16-21: Po rozmnożeniu chlebów, o zmierzchu uczniowie Jezusa zeszli nad jezioro i wsiadłszy do łodzi przeprawili się przez nie do Kafarnaum. Nastały już ciemności, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł; jezioro burzyło się od silnego wiatru. Gdy upłynęli około dwudziestu pięciu lub trzydziestu stadiów, ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się. On zaś rzekł do nich: „To Ja jestem, nie bójcie się”. Chcieli Go zabrać do łodzi, ale łódź znalazła się natychmiast przy brzegu, do którego zdążali. 

- Czy wiesz, na czym polega logiczne myślenie? - Nie. - Zaraz ci wytłumaczę. Wyobraź sobie, że z komina wychodzi dwóch kominiarzy, jeden brudny i jeden czysty. Który z nich się umyje? - Ten brudny, wiadomo. - A jeśli ten czysty spojrzy na tego brudnego, to co? - Pomyśli, że też jest brudny. W takim razie umyje się ten czysty! - No dobrze, a co z tym brudnym? - Spojrzy na czystego, pomyśli, że tez jest czysty i nie będzie się mył. Hurra, już wiem, na czym polega logiczne myślenie! - Przykro mi, ale gdybyś pomyślał logicznie, to na samym początku naszej rozmowy dostrzegłbyś, że to niemożliwe, żeby z tego samego komina wyszło dwóch kominiarzy, z których jeden jest brudny, a drugi czysty… 
Jezus kroczący po wodzie wymyka się spod kontroli logicznego myślenia uczniów. Ale kto powiedział, że w działaniem Jezusa musi kierować ludzka logika? Jego postępowanie determinuje miłość. Przestań kalkulować, zastanawiać się – kto, komu, kiedy, jak, dlaczego? Zostaw na boku własną logikę. Rób to, co nakazuje miłość, nawet wbrew logice.

I Tydzień Wielkanocny

Chrystus Prawdziwie Zmartwychwstał!


Drodzy Czytelnicy Bloga
"Ambonki" oraz słuchacze Radia "Anioł Beskidów".

Zmartwychwstanie Jezusa jest najpiękniejszą szkołą życia.
Uczy nas bowiem, że:
życie silniejsze jest, niż śmierć;
mocniejsze od cierpienia;
piękniejsze, niż samotność;
jaśniejsze od smutku;
trwalsze, niż bieda;
skuteczniejsze od rozłąki;
gorętsze, niż łzy.

Niech Aniołowie, którzy:
służyli Jezusowi po pustynnym pościel,
umacniali go na modlitwie w Ogrojcu,
podtrzymywali go w czas Męki i Śmierci
a dziś oznajmiają, iż próżno szukać Go w grobie,
strzegą was, umacniają i podtrzymują na wszystkich drogach Waszego życia,
abyście i Wy głosili światu tę radosną wieść:
Chrystusa zmartwychwstał, prawdziwie zmartwychwstał. Alleluja.

 
Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego
 
Łk 24,13-35: Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze? Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało. Zapytał ich: Cóż takiego? Odpowiedzieli Mu: To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Tak, a po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli. Na to On rzekł do nich: O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał? W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba.

- Czy mogę księdza proboszcza o coś spytać? - pan Antoni dreptał po zakrystii jakby trochę niespokojnie. Znać było, że coś go nurtuje, ba - ciekawi wielce.
- Niech pan pyta, śmiało - ksiądz Mateusz uśmiechnął się zachęcająco.
- Kim właściwie był ten kapłan Jakub, za którego ksiądz proboszcz modlił się dzisiaj we Mszy świętej?
- Ksiądz Jakub był moim pierwszym proboszczem, panie Antoni. Dziś jest rocznica jego śmierci.
- Hm - westchnął kościelny - tak właśnie myślałem, że to musi być jakiś księdza znajomy. Bo ja o taki księdzu nigdy nie słyszałem. Żaden ksiądz Jakub ani stąd nie pochodzi, ani tu nigdy nie był na parafii.
- Był proboszczem daleko stąd, choć w podobnej, małej wiejskiej parafii. Kiedy jako neoprezbiter dołączyłem do niego, był już dość mocno posunięty w latach, ale wciąż jeszcze rześki i pełen dobrych chęci. Najbardziej jednak podziwiałem jego pobożność i gorliwość. Kiedy tylko kościół był otwarty, zawsze można go było zastać w konfesjonale. A Mszę świętą odprawiał z takim namaszczeniem ...ech, mówię panu, zdawało się, że aniołowi z nieba będą mu służyć przy ołtarzu.
W zakrystii zrobiło się cicho, jak makiem zasiał. Kościelny, kiedy tak stał wciąż jeszcze zasłuchany, spostrzegł łzę. Mała kropelka wypełzła z oka, przetoczyła się przez policzek i zawisła na brodzie księdza Mateusza, zapatrzonego gdzieś w dal. Proboszcz wierzchem dłoni bezwiednie starł mokry kryształek. Wargi mu zadrżały niepewnie. Gorzki grymas szybko jednak zmienił się w szeroki uśmiech.
- Już myślałem, że ksiądz proboszcz się mocno wzruszył - odetchnął kościelny. - Ale widzę, że humor wraca!
- To niezupełnie tak, panie Antoni. Tylko przypomniałem sobie takie jedno zabawne zdarzenie z moim pierwszym proboszczem, tym właśnie księdzem Jakubem. Przy całej swej świątobliwości miał on tylko jedną wadę - ...wadę wzroku: po prostu zwykłego zeza. Nigdy nie wiadomo było na co patrzy ani do kogo właściwie mówi. Ludzie do tego już przywykli, ale mnie ów zez - czego dziś strasznie się wstydzę - na początku bardzo irytował. Kiedyś zdarzyło się, że wpadliśmy z księdzem Jakubem na siebie w przedsionku kościoła. „Niech ksiądz patrzy, jak chodzi!” - uniósł się na mnie wtedy staruszek. A ja, niewiele myśląc, nie pozostałem mu dłużny: „To lepiej ksiądz proboszcz niech chodzi tam, gdzie patrzy!”

Cóż za gapy z tych uczniów idących do Emaus - nie poznali Pana. A ty potrafisz go rozpoznać? Ale tak zawsze, na każdym kroku? Rozejrzyj się, patrz, jak idziesz. Przyglądaj się Panu.



Poniedziałek w Oktawie Wielkanocnej


J 20,1-9: Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus miłował, i rzekła do nich: „Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”. Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych.
- Ludzie! Ratunku! Pali się!
Próba generalna przed wieczornym występem dobiegła właśnie półmetka, kiedy czyjś krzyk przeszył jak gigantyczny sztylet wątłe ściany cyr
kowego namiotu. Wybuchło zamieszanie. Ubrani w kostiumy z cekinami mężczyźni zaczęli w popłochu zbierać maczugi i piłki do żonglerki. Kobieta w frotowym szlafroku narzuconym na aksamitny kostium porwała na ręce pierwszego z brzegu pudla i wybiegła z piskiem. Ludzie, psy, małpy, piątka białych koni i na wpół ślepy ze starości słoń, cztery foki i zazwyczaj spokojny miś - wszystko, co żyje - ruszyli w panice ku wyjściu. W klatce miotał się oszalały ze strachu stary lew, który dawno już stracił resztki uzębienia.
- Proszę państwa! Proszę o spokój! - dyrektor próbował zaprowadzić jakiś ład. Bezskutecznie. W końcu złapał za połę kraciastego kostiumu przebiegającego właśnie obok klauna.
- Szybko! Leć pan do miasta, żeby sprowadzić pomoc!
Klaun ruszył co sił w nogach. Do miasta nie było daleko. Minęło niespełna pięć minut, kiedy już stał na rynku.
- Ludzie! Ratunku! Pomóżcie! - dłonie zwinięte w tutkę przytknął do ust i wrzeszczał kręcąc się w kółko.
Przechodnie zatrzymywali się z uśmiechem. Dzieci szarpały ojców za rękaw i pokazywały go sobie palcami.
- Świetna reklama - zauważył jakiś młodzieniec w drucianych okularkach. Klaun tymczasem krzyczał coraz głośniej.
- Kochani! Uwierzcie mi. To nie jest reklama, ani anons wieczornego przedstawienia. Mieliśmy właśnie próbę. Stąd mój strój i makijaż. Ludzie! Na pomoc. Tam się pali. Giną artyści i zwierzęta! Nie stójcie. Pomóżcie!
Biedak próbował zerwać z nosa czerwoną piłeczkę. Nie udało się. Chciał zetrzeć z twarzy głupawy malunek. Tylko go rozmazał. Nie mógł ściągnąć kostiumu, bo pod spodem miał tylko bieliznę. Próbował więc przekonać słowami.
- Naprawdę. Zróbcie coś. Nie stójmy tutaj. Chodźcie ze mną. Wezwijcie straż pożarną, pogotowie, policję.
Ludzie pokładali się ze śmiechu. Takiego numeru nikt jeszcze nie wymyślił. To było rewelacyjne. Dzieci piszczały z uciechy. Nawet poważni panowie chichotali od wąsem. I nikt nie wierzył słowom klauna. A tymczasem cyrk się spalił.

Zmartwychwstanie. Tyle razy o tym słyszałeś: od mamy, ojca i księdza na religii, w domu, w salce i z ambony. I co? Przecież wciąż boisz się śmierci i uważasz ją za największe nieszczęście ludzkości. Może myślisz, że to wszystko zwyczajne cyrkowanie, klaunada, zgrywa i bajka? Czas się przebudzić, spoważnieć. Może jeszcze zdążysz uratować swoją wiarę?




Poniedziałek w Oktawie Wielkanocnej

Mt 28,8-15: Gdy anioł przemówił do niewiast, one pospiesznie oddaliły się od grobu z bojaźnią i wielką radością i biegły oznajmić to Jego uczniom.
A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: „Witajcie”. One zbliżyły się do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: „Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą”.
Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: „Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu”.
Oni zaś wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego.

PRZEMYŚL TO SOBIE:
Piekarz postanowił nie tylko piec chleb dla innych odbiorców, ale również otworzyć własny sklep. W jego witrynie umieścił duży napis: Dziś na sprzedaż świeże pieczywo. Zaczęli pojawiać się pierwsi klienci, najpierw krewni i znajomi. Gratulowali, życzyli wysokich obrotów i dobrze radzili. Pierwszy z nich powiedział:
- Po co napisałeś „dziś”? Przecież wiadomo, że nie wczoraj, ani nie jutro! Więc to określenie jest zupełnie zbędne.
Usunął więc piekarz słowo dziś i w napisie zostało tylko: Na sprzedaż świeże pieczywo.
- Po co piszesz „na sprzedaż”? – zapytał następny. – To oczywiste, że pieczywa się nie wypożycza, że się go nie rozdaje, ale kupuje!
Usunął więc piekarz z napisu słowa na sprzedaż i zostało tylko samo „świeże pieczywo”.
- Po co pisać „świeże”? – spytał następny klient oglądając witrynę piekarni. – Przecież nikt nie sprzedaje nieświeżego pieczywa. To całkiem jasne!
Usunął piekarz przymiotnik „świeże”, w napisie zostało sami „pieczywo”. Przyszedł jeszcze jeden klient z dobra radą:
- Po co ci napis „pieczywo”, skoro i tak wszyscy cię znają i wiedzą, że jesteś piekarzem. A czym piekarz ma handlować, jeśli nie pieczywem? Mięsem? Odzieżą? Albo może gwoźdźmi?
Usunął piekarz ostatnie słowo. Z witryny zniknął napis. A wraz z napisem zniknęli też i klienci, bo nikt nie wiedział już, że tutaj można kupić świeże pieczywo.

Faryzeusze mówili: rozpowiadajcie, że nie zmartwychwstał. A diabeł dziś nam podpowiada: po co w ogóle o tym mówić. Bądźcie cicho. Usuńcie Zmartwychwstanie z waszych rozmów, dysput i myśli. To milczenie jest, niestety, początkiem niewiedzy i niewiary w zmartwychwstanie.
Poczytaj ostatnie rozdziały Ewangelii – te, które mówią o zmartwychwstaniu. Poczytaj je głośno, by usłyszeli je inni – twoi bliscy i znajomi.


Wtorek w Oktawie Wielkanocnej

J 20,11-18: Maria Magdalena stała przed grobem płacząc. A kiedy tak płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli siedzących, jednego przy głowie, a drugiego przy nogach, w miejscu, gdzie leżało ciało Jezusa. I rzekli do niej:„Niewiasto, czemu płaczesz?”
Odpowiedziała im: „Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono”.
Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus.
Rzekł do niej Jezus: „Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?”
Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: „Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę”.
Jezus rzekł do niej: „Mario!” A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: „Rabbuni”, to znaczy: Nauczycielu.
Rzekł do niej Jezus: „Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: «Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego»”.
Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: „Widziałam Pana i to mi powiedział”.


Salon samochodowy. Do środka wtargnął szaleniec z ciężkim łomem. Wywija nim jak cepem, młóci wypucowane szyby, połyskujące karoserie. Wokół sypią się odłamki szkła i plastiku. Huk, trzask, przerażenie, groza. Wokół salonu gromadzą się tłumy gapiów. Pojawiają się wozy reporterskie telewizji i radia. Wkrótce o wyczynach szaleńca wie całe miasto i okolica.
W końcu szaleńca udaje się ujarzmić. Obezwładnionego policja odprowadza do aresztu. Ludzie rozchodzą się, każdy w swoją stronę.
Po pewnym czasie w salonie samochodowym pojawia się ekipa mechaników. Wymieniają zniszczone części pojazdów: uszkodzone elementy karoserii, rozbite szyby. Tym razem nikt z przechodzących obok salonu nawet się nie zatrzyma, nie popatrzy, co dzieje się w środku, nie przyjedzie żaden wóz ekipy telewizyjnej ani radiowej. W dodatku dzieło zniszczenia trwało zaledwie kilka minut. Naprawianie szkód zajmuje miesiąc.

Tak wielkie było zainteresowanie procesem, męką i śmiercią Jezusa. Były tłumy gawiedzi, faryzeusze, kapłani, uczeni w Piśmie, wreszcie Rzymianie. A Zmartwychwstałego spotyka w ciszy ogrodu tylko ona jedna – Maria. Jeszcze jeden dowód na to, jak głośne, atrakcyjne, interesujące jest zło. Jak ciche jest dobro.
Powiedz dzisiaj o czymś dobrym. Nie bądź prorokiem złych wieści. Nawet, jeżeli zobaczyłeś, usłyszałeś lub przeżyłeś coś złego – zamilcz. Powiedz tylko o tym, co dobre. Powiedz.


Środa w Oktawie Wielkanocnej

Łk 24,13-35: W pierwszy dzień tygodnia dwaj uczniowie Jezusa byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni ze sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali ze sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali.
On zaś ich zapytał: „Cóż to za rozmowy prowadzicie ze sobą w drodze?” Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: „Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało”.
Zapytał ich: „Cóż takiego?”
Odpowiedzieli Mu: „To, co się stało z Jezusem z Nazaretu, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że właśnie On miał wyzwolić Izraela. Teraz zaś po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Co więcej, niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: Były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli”.
Na to On rzekł do nich: „O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?” I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego.
Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?”
W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: „Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi”. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak Go poznali przy łamaniu chleba.


Tułaczka w mroźny czas. Na koźle siedzi opatulony w kożuchową jupę woźnica. Za nim, w dwojakach wyściełanych zgrabionymi jesienią na wielką stertę liśćmi wymościła sobie miejsce kobieta, trzymająca na ręku zawiniątko z niemowlęciem. Mija godzina, dwie. Konie ciągną powoli, ale równo. Kobieta prosi woźnicę słabym głosem.
- Pomóżcie, kumie. Zamarznę zaraz, a dzieciątko wraz ze mną.
Chłop robi, co może, by ująć ziąbu: przygarnia więcej liści, potem dodaje jeszcze końską derkę. Kobiecie wciąż jest zimno. W końcu robi rzecz dziwną: odbiera jej zawiniątko z dzieckiem, które bezpiecznie sadowi w gęstwinie liści u swoich stóp. Kobietę zaś spycha z wozu i zacina konie lejcami. Kobieta próbuje biec. Zesztywniałe z zimna nogi niosą ją niepewnie. Wymachuje rękami i krzyczy, by się zatrzymał. Trwa to chwil kilka. Aż para zaczyna dobywać się z jej ust, lica kraśnieją a na czole perli się pot. Dopiero wówczas woźnica zatrzymuje zaprzęg. Zeskakuje z kozła, pomaga kobiecie wgramolić się do wozu. Oddaje jej dziecko. Rozgrzana biegiem kobieta tuli dziecko. Oboje są uratowani od zimna. Woźnica wiedział, co robi.

Zastanawiam się, dlaczego Jezus pogonił tych biednych uczniów aż do Emaus? Czy nie mógł ich zatrzymać, powiedzieć: „poczekajcie, zaraz wam wszystko wytłumaczę, coś się będziecie tłuc po drodze niepewni”? A może właśnie chciał ich rozgrzać? A może chciał, że się zmęczyli, żeby im aż w nogi poszło, żeby lepiej zrozumieli, żeby się przy tym trochę wysilili? Jezus wiedział, co robi.
Przejdź się. Na cześć uczniów idących do Emaus przejdź się – do kościoła, do najbliższej kapliczki, czy krzyża przydrożnego. Po drodze może odmów sobie taką nową tajemnicę różańca, której nie ma w żadnej książeczce: spotkanie z Jezusem w drodze do Emaus.


Czwartek w Oktawie Wielkanocnej

Łk 24,35-48: Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba.
A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: „Pokój wam”.
Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: „Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam”. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi.
Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: „Macie tu coś do jedzenia?” Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec wszystkich.
Potem rzekł do nich: „To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach”. Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma.
I rzekł do nich: „Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego”.


Nikolo Paganini, genialny włoski skrzypek i kompozytor, zapisał w testamencie Genui –rodzinnemu miastu – swoje skrzypce. Po jednym wszak warunkiem: na instrumencie, który mu służył, nikt już grać się nie ośmieli. Zapis okazał się tyleż łaskawy, co niefortunny. Podobno w jakiś czas po śmierci mistrza instrument zaczął się rozsypywać. Rezonans dźwięku strun, owo nieustanne drżenie towarzyszące grze, ożywiało drewno, z którego wykonano instrument. Bezużyteczność spowodowała jego obumarcie i butwienie.

Jezus nie zostawia uczniów. Przychodzi do nich, by wciąż wprawiać ich w rezonans: objawia się, spożywa posiłek, wyjaśnia to, co o Nim napisano, mianuje ich świadkami. A świadek nie może być martwym kawałkiem człowieka. Musi żyć: dzielić się z innymi tym, czego doświadczył. Inaczej obumrze, zbutwieje.
Jezus mówi wątpiącym: popatrzcie na moje ręce i nogi. Zrób to. Przyjrzyj się jego ranom, choćby na wizerunku krzyża, który masz w zasięgu wzroku. Przyjrzyj się im i pomyśl: w nich jest twoje schronienie.


Piątek w Oktawie Wielkanocnej

J 21,1-14: Jezus znowu ukazał się nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób:
Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: „Idę łowić ryby”. Odpowiedzieli mu: „Idziemy i my z tobą”. Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili.
A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus.
A Jezus rzekł do nich: „Dzieci, czy nie macie nic do jedzenia?”
Odpowiedzieli Mu: „Nie”.
On rzekł do nich: „Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie”. Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć.
Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: „To jest Pan!” Szymon Piotr usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę, był bowiem prawie nagi, i rzucił się w morze. Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko, tylko około dwustu łokci.
A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: „Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili”. Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości sieć się nie rozerwała. Rzekł do nich Jezus: „Chodźcie, posilcie się!” Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: „Kto Ty jesteś?”, bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im, podobnie i rybę.
To już trzeci raz, jak Jezus ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał.


Kończą się rekolekcje. Prowadzący je misjonarza nie ukrywa zawodu:
- Spodziewałem się, że moje nauki przyniosą zdecydowanie obfitsze owoce.
Ksiądz proboszcz zastanawia się przez chwilę.
- Owoce zawsze rodzą się obficie – odpowiada wreszcie. – Ale chcący się nimi cieszyć trzeba mocno potrząsnąć drzewem, by spadły w zanadrze…

To mój ulubiony fragment Ewangelii. Lubię o nim opowiadać. Najpierw sposób łowienia: rybacy w łodzi mieli okrągłą sieć o średnicy kilku metrów. Trzeba ją było rozbujać niczym lasso i zarzucić. Przywiązane do brzegów sieci ciężarki ciągnęły ją w dół. A sieć opadając więziła, a raczej przygważdżała ryby. Potem wprawnym szarpnięciem liny przywiązanej do sieci podwijało się ją, zamykało i wyciągało do łodzi wraz z rybami. Taką sieć zarzucano nie na pojedyncze ryby, ale na ławice. To dość dziwne, ale taką ławicę łatwiej było dostrzec z brzegu, niż z łodzi. To dlatego Jezus, stojąc na brzegu, trafnie wskazuje miejsce obfitego połowu.
I jeszcze ta niezwykła symbolika. Woda oznaczała otchłań, miejsce potępienia, odpowiednik „piekła”, siedlisko szatana. Ułowić coś czy kogoś, wyciągnąć go z wody, oznaczało wyrwanie duszy z mocy szatana. Tyle pokrótce.
I jeszcze coś. Kwestia metody. Nie po dobroci, ale siecią, na siłę, trochę nawet pod przymusem. Tak wyrywa się dusze z sieci szatana. Nie „cip, cip, cip”, „taś, taś, taś”, „kici, kici”, ale sieć, wyciągnąć. Nie czekać bezczynnie, aż owoce same spadną, ale wstrząsnąć drzewem, potarmosić gałęzi, żeby już, żeby więcej, żeby obficiej. Tak się zdobywa dusze dla Królestwa Niebieskiego.


Sobota w Oktawie Wielkanocnej

Mk 16,9-15: Po swym zmartwychwstaniu, wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia, Jezus ukazał się najpierw Marii Magdalenie, z której wyrzucił siedem złych duchów. Ona poszła i oznajmiła to tym, którzy byli z Nim, pogrążonym w smutku i płaczącym. Oni jednak słysząc, że żyje i że ona Go widziała, nie chcieli wierzyć.
Potem ukazał się w innej postaci dwom z nich na drodze, gdy szli na wieś. Oni powrócili i oznajmili pozostałym. Lecz im też nie uwierzyli.
W końcu ukazał się samym Jedenastu, gdy siedzieli za stołem, i wyrzucał im brak wiary i upór, że nie wierzyli tym, którzy widzieli Go zmartwychwstałego.
I rzekł do nich: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu”.


Bitewny ferwor. Prosty żołnierz, który znalazł się akurat blisko cesarza, ma na tyle przytomny umysł, że mocnym ciosem wytrąca oręż z ręki nieprzyjaciela, kolejnym ciosem powala go bez ducha na ziemię. Tym samym ratuje życie władcy. Ów, kiedy bitewny zamęt już ustaje, przyzywa do siebie wojaka i mówi:
- Ocaliłeś mi życie. Proś o co chcesz, a wynagrodzę cię sowicie.
Żołnierz stoi zmieszany, przestępuje z nogi na nogę, wreszcie nieśmiało prosi:
- Nasz pluton ma okropnie surowego sierżanta, który żyć nam nie daje. Może wasza wysokość byłby łaskaw go zamienić na innego, nieco łagodniejszego.
- Głupiś – wzdycha cesarz. – Przecież mogłeś poprosić, a ciebie samego zrobiłbym sierżantem.

Podobno w Afryce Zachodniej postępuje inwazja islamu, przy równoczesnym regresie chrześcijaństwa. Dlaczego? Bo każdy muzułmanin uważa się za misjonarza. A każdy chrześcijanin uważa, że misjonarzami są tylko ludzie do tego specjalnie oddelegowani. A tymczasem Jezus mówi do uczniów, ba – do każdego z nich: idźcie na cały świat i głoście Ewangelię Wszelkiemu stworzeniu.
Od czasu do czasu dasz jakąś ofiarę na misje, pomodlisz się za misjonarza, zrobisz bandaż dla trędowatego. I myślisz, że to wystarczy. Nie. Ty sam bądź misjonarzem. Porozmawiaj z kimś, choćby z dzieckiem, z żoną, z mężem – o o Jezusie.

Wielki Tydzień Męki Pańskiej

Niedziela Palmowa Męki Pańskiej

File:Assisi-frescoes-entry-into-jerusalem-pietro lorenzetti.jpg
Pietro Lorenzetti, Wjazd Jezusa do Jerozolimy, 1320

Łk 19,28-40: Jezus ruszył na przedzie, zdążając do Jerozolimy.
Gdy przyszedł w pobliże Betfage i Betanii, do góry zwanej Oliwną, wysłał dwóch spośród uczniów, mówiąc: Idźcie do wsi, która jest naprzeciwko, a wchodząc do niej, znajdziecie oślę uwiązane, którego jeszcze nikt nie dosiadł. Odwiążcie je i przyprowadźcie tutaj. A gdyby was kto pytał: Dlaczego odwiązujecie?, tak powiecie: Pan go potrzebuje. Wysłani poszli i znaleźli wszystko tak, jak im powiedział. A gdy odwiązywali oślę, zapytali ich jego właściciele: Czemu odwiązujecie oślę? Odpowiedzieli: Pan go potrzebuje. I przyprowadzili je do Jezusa, a zarzuciwszy na nie swe płaszcze, wsadzili na nie Jezusa. Gdy jechał, słali swe płaszcze na drodze. Zbliżał się już do zboczy Góry Oliwnej, kiedy całe mnóstwo uczniów poczęło wielbić radośnie Boga za wszystkie cuda, które widzieli. I wołali głośno: Błogosławiony Król, który przychodzi w imię Pańskie. Pokój w niebie i chwała na wysokościach. Lecz niektórzy faryzeusze spośród tłumu rzekli do Niego: Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom. Odrzekł: Powiadam wam: Jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą.


Był wieczór Niedzieli Palmowej. Kiedy w kościele wybrzmiały rzewne nuty Gorzkich Żali, a potem skończyła się ostatnia w tym dniu Msza święta z Pasją czytaną na role, ksiądz Mateusz wrócił na plebanię. Właśnie włączył telewizor, żeby obejrzeć wiadomości, kiedy zabrzęczał dzwonek.
- Kto to może być? - zastanawiał się proboszcz drepcząc do drzwi. W progu stał ksiądz dziekan, proboszcz parafii w mieście.
- Mam nadzieję, ze ci nie przeszkadzam?
- Ależ skąd! Miło witać w niskich progach.
Usiedli w saloniku. Ksiądz Mateusz wyłączył telewizor.
- No, to zaczęliśmy Wielki Tydzień - zauważył dziekan.
- Właśnie, gorący czas, nie ma co.
- Ba - westchnął ksiądz dziekan. - Tu na wsi czas płynie wolniej, parafia po rekolekcjach i po spowiedzi, już prawie Święta. Ale u nas w mieście to dopiero się zaczyna: misje, objazd chorych no i te dyżury w konfesjonale. Wszyscy z okolicy, twoi parafianie też, przyjeżdżają się spowiadać. Każdy myśli: jak już jestem w mieście na zakupach, to co mi szkodzi od razu skoczyć do kościoła, do spowiedzi? Kolejki się robią kilometrowe, rady sobie sami nie dajemy. Dlatego przyjechałem cię prosić o pomoc. Mógłbyś przyjechać do nas w środę do południa?
- W środę, w środę... - ksiądz Mateusz zastanawiał się przez chwilę. - Po południu mają przyjść ministranci ciemnicę i grób Boży szykować, więc muszę mieć na to wszystko oko. Ale z rana? W porządku, będę zaraz po Mszy św.
Właściwie to sprawa była już załatwiona i ksiądz dziekan miał się zbierać, by zajrzeć z podobną prośbą do jeszcze dwóch innych proboszczów z sąsiedztwa. Ale trochę niegrzecznie było ot tak sobie wyjść, ledwo sprawę załatwiwszy, więc spytał.
- Powiedz mi jeszcze, drogi Mateuszu, coście tu w parafii dobrego w Wielkim Poście zrobili?
- O, najwięcej to chyba zespół charytatywny się napracował. Będziemy wpierać ubogich i starszych na Święta. Od kilku tygodni zapowiadam ludziom, żeby w Wielką Sobotę po poświęceniu pokarmów odłożyli coś z jedzenia do takiego specjalnego kosza dla biedaków.
- Myślisz, że to się uda? - zatroskał się ksiądz dziekan?
- W połowie jestem pewny sukcesu - odparł ksiądz Mateusz.
- W połowie?
- No tak, w połowie. Bo już wiem, że ubodzy są gotowi przyjąć taki dar na Wielkanoc. Jeszcze tylko nie mam pewności, czy bogaci w ogóle cokolwiek dadzą.

Eucharystia, to w gruncie rzeczy uczta dla biednych. Jezus daje się nam cały. Co otrzymuje w zamian? Zawsze idź na Mszę świętą z czymś - choćby tylko z życzliwym uśmiechem.


Wielki Poniedziałek 

 J 12,1-11 Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta posługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku.
Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który Go miał wydać: „Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim?” Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano.
Na to Jezus powiedział: „Zostaw ją! Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie”.
Wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest; a przybyli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Arcykapłani zatem postanowili stracić również Łazarza, gdyż wielu z jego powodu odłączyło się od Żydów i uwierzyło w Jezusa.

Piekarz i rzeźnik prowadzili handel wymienny: piekarz codziennie dawał rzeźnikowi dwufuntowy bochenek chleba, a rzeźnik ważący również dwa funty wołowiny.
Układ funkcjonował bez zarzuty, aż do dnia, kiedy piekarza coś podkusiło i zważył mięso przyniesione przez rzeźnika:
- Ty draniu – wykrzykną. – twoje mięso waży nie dwa funty, ale ledwo półtora! Od jak dawna mnie oszukujesz, szubrawcze?!
- Wcale cię nie oszukuję – odpowiedział spokojnie rzeźnik. – Do odmierzenia twojej porcji wołowiny nigdy nie używam odważników.
- Więc co? Dajesz mi tyle mięsa, ile ci się ukroi?
- Nie – wyjaśnił rzeźnik. – Jako odważnika używam twojego bochenka chleba.
Jak wiele Maria otrzymała od Jezusa. Ten olejek, wart był trzysta denarów, jak błyskawicznie policzył Judasz, trzysta denarów, to jest równowartość rocznego zarobku prostego robotnika, czyli tyle, za ile dziś można kupić najtańszy samochód. Jak wiele otrzymała Maria, że obdarowała Jezusa tak cennym olejkiem? Czy ludzkie relacje z Jezusem w ogóle można zmierzyć, zważyć, oszacować. Czy ma to jakikolwiek sens?
Jeśli chodzi o zakupy, inwestycje, oszczędności – owszem, zawsze to skrzętnie policz. Ale – na Boga – nie da się, nie można, nie wypada kalkulować wszystkiego. Daj jałmużnę, albo wspomóż jakieś dobre dzieło bez liczenia, bez oglądania się na wartość. By się nie okazało, że twoje dwa funty są piórkiem, wobec dwóch funtów Jezusowych.


Wielki Wtorek

J 13,21-33.36-38 Jezus w czasie wieczerzy z uczniami swoimi doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeden z was Mnie zdradzi”. Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi.
Jeden z uczniów Jego, ten, którego Jezus miłował, spoczywał na Jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: „Kto to jest? O kim mówi?” Ten oparł się zaraz na piersi Jezusa i rzekł do Niego: „Panie, kto to jest?”
Jezus odpowiedział: „To ten, dla którego umaczam kawałek chleba i podam mu”. Umoczywszy więc kawałek chleba, wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty. A po spożyciu kawałka chleba wszedł w niego szatan.
Jezus zaś rzekł do niego: „Co chcesz czynić, czyń prędzej”. Nikt jednak z biesiadników nie rozumiał, dlaczego mu to powiedział. Ponieważ Judasz miał pieczę nad trzosem, niektórzy sądzili, że Jezus powiedział do niego: „Zakup, czego nam potrzeba na święta”, albo żeby dał coś ubogim. On zaś po spożyciu kawałka chleba zaraz wyszedł. A była noc.
Po jego wyjściu rzekł Jezus: „Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim chwałą otoczony, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy. Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Będziecie Mnie szukać, ale jak to Żydom powiedziałem, tak i wam teraz mówię, dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie”.
Rzekł do Niego Szymon Piotr: „Panie, dokąd idziesz?”
Odpowiedział mu Jezus: „Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz”.
Powiedział Mu Piotr: „Panie, dlaczego teraz nie mogę pójść za Tobą? Życie moje oddam za Ciebie”.
Odpowiedział Jezus: „Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz”.

Po naszej stronie
Kolejna bitwa krwawej wojny. Zanim zacznie się szturm, artyleria przeczesuje przedpole. Żołnierze przywarli w okopach. Jeden z nich, nasadzając bagnet trąca nieśmiało oficera, który przykucnął obok:
- Panie poruczniku, jak pan myśli: czy Bóg jest po naszej stronie?
Oficer ociera pot z czoła, poprawia hełm i mrużąc oczy wzdycha:
- Wiesz synku, nie wiem, czy Bóg jest po naszej stronie. Natomiast zastanawiam się, czy my jesteśmy po stronie Boga.
Nurtuje cię to pytanie: czy Bóg jest ze mną? Zarówno wtedy, gdy sumiennie pracujesz, jaj i wówczas, kiedy ze tej pracy coś wynosisz: jedzenie, śrubki, trochę złomu albo innego towaru. Wtedy, gdy głaszczesz dzieci, i wtedy, gdy dajesz im klapsa. Gdy sprzątasz mieszkanie albo harujesz w ogródku a wówczas, gdy byczysz się przed telewizorem. Czy Bóg jest ze mną? Wiesz co? To niewłaściwe pytanie. Przy wszystkich swoich zajęciach zastanów się raczej nad tym właśnie, czy ty jesteś z Nim.
A co na to Pan Bóg? – zadawaj sobie to pytanie, zarówno wówczas, kiedy odczuwasz satysfakcję, jak i wtedy, gdy czujesz się obity jak pies.


Wielka Środa

Mt 26,14-25 Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: „Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam”. A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać.
W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: „Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali Paschę do spożycia ?”
On odrzekł: „Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka i powiedzcie mu: «Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie chcę urządzić Paschę z moimi uczniami»”. Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę.
Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu uczniami. A gdy jedli, rzekł: „Zaprawdę powiadam wam: jeden z was Mnie zdradzi”.
Zasmuceni tym bardzo, zaczęli pytać jeden przez drugiego: „Chyba nie ja, Panie?”
On zaś odpowiedział: „Ten, który ze Mną rękę zanurza w misie, on Mnie zdradzi. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane; lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził”.
Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: „Czy nie ja, Rabbi?” Mówi mu: „Tak jest, ty”.

- Dlaczego ludzie tak głupieją nieraz?
- Od pieniędzy.
- Od pieniędzy? Przecież bez nich nie można zbudować domu, kupić chleba, wspomóc biednego. Co złego jest w pieniądzach.
- Podejdź do okna. Co widzisz?
- Ulicę, samochody, biegnących – każdy w swoją stronę – ludzi.
- A teraz podejdź tutaj, do lustra. Co widzisz?
- Siebie.
- A czym się różni lustro od zwykłej szyby?
- Warstwą odrobiny jakiegoś takiego srebra.
- No właśnie. Wystarczy odrobina srebra i człowiek przestaje widzieć cokolwiek, poza samym sobą. Rozumiesz już teraz, od czego głupieją ludzie?
Różnie próbuje się wyjaśnić zdradę Judasza: zazdrością, chciwością, zawiścią, może nawet szantażem jakimś uwikłaniem… Któż to wie, jak było naprawdę. Jednak myślę, że w tej sprawie jest jedno dobre, choć ogólne, wytłumaczenie: Judasz przestał widzieć cokolwiek i kogokolwiek poza sobą. Wystarczyła odrobina srebra. Bo przecież trzydzieści srebrników za zdradę kogoś takiego, jak Jezus, to faktycznie odrobina – miesięczna pensja niewykwalifikowanego robotnika. Jak ciężko w życiu człowiekowi, który świata poza sobą samym nie widzi…
Częściej spoglądaj w okno, niż w lustro. Częściej słucha człowieka żywego, nić wirtualnego czy medialnego.


Wielki Czwartek

J 13,1-15 Było to przed Świętem Paschy. Jezus widząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował.
W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty, syna Szymona, aby Go wydać, widząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany.
Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: „Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?” Jezus mu odpowiedział: „Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później to będziesz wiedział”. Rzekł do Niego Piotr: „Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał”.
Odpowiedział mu Jezus: „Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną». Rzekł do Niego Szymon Piotr: «Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę”.
Powiedział do niego Jezus: „Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy”. Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: „Nie wszyscy jesteście czyści”.
A kiedy im umył nogi, przywdział szaty, i gdy znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: „Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie «Nauczycielem» i «Panem» i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem”.

Seminarium duchowne, miejsce rozpoznawania i umacniania powołania kapłańskiego. Trwa kolejny, tym razem bardzo ważny egzamin. Ksiądz profesor, wysłuchawszy wystękanej odpowiedzi, zwraca się do kleryka:
- Mój drogi. Twoją odpowiedź można skwitować krótko: jesteś osłem. A na co Panu Bogu może się przydać osioł?
Chłopak czerwieni się aż po sam czubek uszu. Sapie i wzdycha przejęty. Wreszcie odpowiada.
- Ja myślę, proszę księdza psora, że skoro Pan Bóg przy pomocy samej tylko oślej szczęki w ręce Samsona pokonał tysiące Filistynów, to o ileż więcej może dokonać, mając do dyspozycji całego osła.
Jezus umywając nogi daje przykład służby. Nie rozumiemy tego tak do końca. Gdyby dziś stanął przed nami, pewnie powiedziałby, że mamy być osłami. Bo umywanie nóg w czasach Jezusa, należało do obowiązków najprostszych, najgłupszych służących. A nogi obmywało się gospodarzowi, domownikom i gościom, którzy z ulicy wchodzili do domu. W Wieczerniku Jezus mówi nie tylko „umywajcie sobie nogi” ale też używa określenia „nawzajem”, niejako podkreślając, że czynność tę trzeba wykonać nie wobec wyższych od siebie, ale też sobie równych. To tak, jakby powiedział „służcie każdemu”. A tak swoją drogą kto dziś pamięta, że tytuł „minister” oznacza tego, który służy.
Masz dwie ręce. Więc gdybyś uznał, że służąc narażasz się na to niebezpieczeństwo, że spadnie ci z głowy korona, jedną ręką po prostu ją sobie przytrzymaj.


Wielki Piątek

J 18,1-19,42 Zabrali zatem Jezusa. A On sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota. Tam Go ukrzyżowano, a z Nim dwóch innych, z jednej i drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa. Wypisał też Piłat tytuł winy i kazał go umieścić na krzyżu. A było napisane: Jezus Nazarejczyk, król żydowski. Ten napis czytało wielu Żydów, ponieważ miejsce, gdzie ukrzyżowano Jezusa, było blisko miasta. A było napisane w języku hebrajskim, łacińskim i greckim. Arcykapłani żydowscy mówili do Piłata: „Nie pisz: Król żydowski, ale że On powiedział: Jestem królem żydowskim”. Odparł Piłat: „Com napisał, napisałem”.
[…] Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: „Pragnę”. Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: „Wykonało się!”. I skłoniwszy głowę wyzionął ducha.

Wzrusza mnie legenda o trzech drzewach rosnących blisko siebie: jednym karłowatym-pogiętym, drugim przeciętnym, jak większość drzew i trzecim strzelistym-dorodnym. Karłowate-pogięte mówiło sobie:
- Na nic się nie przydam, chyba tylko na podpałkę na palenisku.
Drwal jako pierwszy je ściął, ale nie spalił. Z pogiętego pnia wykroił zgrabne deszczułki, z gałęzi gibkie pręty i tak powstał żłób, w który pasterze wkładali paszę dla bydląt. Drzewo cieszyło się, że może służyć ludziom. Ale największe szczęście przeżyło wówczas, gdy pewnej nocy pewna kobieta wymościła go miękkim sianem i położyła na nim śpiące niemowlę owinięte w pieluszki.
Przeciętne drzewo mówiło sobie:
- Może jakoś przydam się ludziom, zrobią ze mnie krzesło, albo stół, może drzwi, zobaczymy.
Drwal jako drugie ściął drzewo przeciętne, nie-krzywe, nie-proste, nie-wysokie, nie-niskie. Poszlachtował je na wąskie, zgrabne deszczułki, wygiął je nad parą i zbudował z nich łódź. Drzewo służyło teraz rybakom: wypływali łodzią na łów, z niej zarzucali sieci, a potem wciągali je wypełnione trzepoczącymi się rybami. Jednak najszczęśliwszym drzewo poczuło się wówczas, gdy do łodzi wstąpił ktoś inny, niż dotychczas i stojąc zaczął przemawiać do zgromadzonych na brzegu tłumów.
Strzeliste-dorodne drzewo mówiło sobie:
- Jestem strzeliste i dorodne. Bóg uczynił mnie tak pięknym, że nadaję się znakomicie do budowy wzniosłej świątyni, w której On sam zamieszka i jemu samemu służyć będę.
Nadszedł drwal i ściął strzeliste-dorodne drzewo. Obrobił je byle jak i przeciął na dwie nierówne części.
- Co robisz, człowiecze? – bezgłośnie zawodziło strzeliste-dorodne drzewo. – Przecież jestem tak piękne, że nie człowiekowi, ale Bogu samemu chcę służyć.
A tymczasem obie części drzewa posłużyły za narzędzie śmierci. Połączono je w krzyż, do którego przybito zmaltretowane ciało skazańca. Drzewo każdą kroplę pozostających w nim jeszcze resztek soków zamieniło w gorzką łzę bezsilności. Umarło w tej samej chwili, gdy skazaniec zawołał:
- Wykonało się.
A kiedy wszystkie trzy drzewa – karłowate-pogięte, przeciętne i strzelisto-dorodne – spotkały się znów w drzewnym raju przyszedł do nich jego Pan. Karłowato-pogięte rozpoznało w nim niemowlę, niegdyś złożone w żłobie, przeciętne – tego, który przemawiał stojąc w łodzi, a strzelisto dorodne – skazańca, któremu było krzyżem. Wszystkie pojęły wówczas, że były jednakowo ważne i potrzebne. I że – choć żadne z nich nie wypowiedziało żadnego słowa, bo drzewa przecież nie mówi – to na swój sposób przysłużyły się zbawieniu świata. A najbardziej dumne z siebie było drzewo strzelisto dorodne, kiedy pojęło, że jako krzyż stało się przybytkiem Boga.
Najpierw: szanuj drzewa. Nie, nie żartuję. Każde drzewo jest bratem albo siostrą tego, na którym umarł Pan. Po wtóre: postaraj się o drewniany krzyż – nie plastikowy, metalowy czy jakiś tam jeszcze, choćby najdroższy – ale drewniany, taki, jak prawdziwy krzyż Jezusa.


Wielka Sobota

Mt 28, 1-10 Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego była jak błyskawica, a szaty jego białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i podrętwieli jak umarli. Anioł zaś przemówił do niewiast: «Wy się nie bójcie! Bo wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział. Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał. A idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom: "Powstał z martwych i udaje się przed wami do Galilei. Tam Go ujrzycie". Oto co wam powiedziałem». Pospiesznie więc oddaliły się od grobu z bojaźnią i wielką radością i biegły oznajmić to Jego uczniom. A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: «Witajcie». One zbliżyły się do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: «Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą».

Kowal miał syna-nieroba.
- Przepiszę ci cały majątek, jeśli pracą własnych rąk zarobisz choćby jednego talara.
Następnego dnia młodzieniec poszedł – jak zwykle – do karczmy, cały dzień przebiesiadował z kolegami, na koniec pożyczył od nich talara, wrócił do domu i oddał monetę ojcu. Kowal wrzucił ją do paleniska. Syn wzruszył tylko ramionami i położył się spać.
Nazajutrz znów poszedł do karczmy, znów świetnie się bawiła, znów pożyczył od kompanów talara. Ale teraz pomyślał sobie, iż ojciec poznał się na podstępie, gdyż zauważył brak zmęczenia. Drogę do domy przebył więc biegnąc. Wręczył talara ojcu, który – jak poprzednio – wrzucił do paleniska. A potem beztrosko położył się spać.
Trzeciego dnia – widząc, że z ojcem nie przelewki i spory majątek może mu przejść koło nosa, kowalczyk poszedł do najtęższego gospodarza we wsi i najął się do całodziennej pracy, za którą jako zapłatę otrzymał talara. Wrócił do domu skonany. Oddał monetę ojcu. Ten, nie bacząc na jego prawdziwe zmęczenie, po raz trzeci wrzucił talara w palenisko. Tym razem jednak syn, który sumiennie na zapłatę zapracował, rzucił się w stronę ognia i gołymi rękami swojego talara wygrzebał spośród żarzących się węgli.
Dopiero teraz ojciec, pomny swej obietnicy, majątek cały synowi zapisał.
Jezus wzywa świadków zmartwychwstania potrójnie: najpierw – nie bójcie się, potem – idźcie, wreszcie – głoście. Nie chodzi więc o spokojną dyskusję na ten temat przy kawce, w zaciszu gabinetu. Bycie apostołem zmartwychwstania wymaga odwagiv i trudu. Ale się opłaca – odważnym, którzy idą i głoszą Bóg obiecuje majątek nieśmiertelności.
Pamiętaj, że bycie ochrzczonym, to nie tyle zaszczyt, co poważne zobowiązanie. Ale dziś, w Wielką Sobotę, kiedy w liturgii odnawiamy przyrzeczenia chrzcielne pamiętaj o tych, dzięki którym jesteś ochrzczony: rodzicach, chrzestnych i kapłanie.